Join for FREE | Take the Tour Lost Password?
Shop deviantART for the
holidays and save BIG!
Click here! :holly:
[x]

deviantART

 


Rządzi nami przypadek. Co dzień mijasz na ulicy, na klatce, w korytarzach setki ludzi.
Ludzi zamkniętych w niezdobytych fortecach swoich głów. To, o czym myślą, co czują w chwili gdy
Cię mijają pozostaje ich tajemnicą... A o czym Ty myślisz? Czy tobie nigdy nie przyszły do głowy
pomysły co najmniej wstrząsające, mordercze... A jeśli by tak wprowadzić je w życie? Decyzja.
Jeden wybór popychający losy wielu istnień na zupełnie inne tory. Z innej perspektywy... Nie
zastanawiałeś się nigdy co by było, gdybyś wracając do domu wybrał inną drogę?
* * *

("Gość w dom, Bóg w dom"...)

To była niewielka, odrapana kamieniczka, jakich wiele w centrum miasta.
Niezamieszkany parter, dwa piętra i strych. Tym, co odróżniało ją od innych kamienic,
były drzwi, których z powodu uszkodzonego zamka nie dało się nigdy porządnie
zamknąć. Wprawdzie przeszkadzało to lokatorom, jednak jak to się często zdarza, nikt
nigdy nie wziął się za naprawę. Z tych zawsze gościnnie otwartych drzwi korzystał
pewien bezdomny staruszek. Gdy noc zastała go w tej właśnie okolicy, przesypiał do rana
w ciemnym kąciku przy strychu. Tego zimowego wieczora, układał się on właśnie do snu
i miał szczerą nadzieję, że tym razem nikt go nie wyrzuci.
Kolejną osobą, która skorzystała z niedomkniętych drzwi, był pewien może
trzydziestoletni mężczyzna w nieco znoszonym, ale ciepłym płaszczu, i wełnianej czapce.
Na ulicy co dzień widzi się tysiące takich lekko otępiałych, zmęczonych twarzy,
zacierających się w pamięci zaraz po straceniu ich z oczu. Twarzy których właściciele
stapiają się ze sobą, tworząc bure tło wielkiego miasta. Niemalże szary człowiek. Niósł
w sobie wielkie pragnienie zrobienia czegokolwiek, co by go w końcu poruszyło. Miał już
dosyć. Jego świat dusił go, przytłaczał - czuł jak powoli kruszy się pod ciężarem każdego
kolejnego dnia, tak podobnego do wszystkich poprzednich.
Tym, co wyróżniało go z pośród tłumu podobnie sfrustrowanych, była niewielka
siekierka ukryta pod płaszczem. I było mu wszystko jedno czy go złapią, czy nie – zgodzi
się na wszystko, co chociaż w najmniejszy sposób oderwie go od jego dzisiejszego życia.
Na razie stanął na podeście między piętrami i czekał.

*I*
Młody chłopak, może siedemnastoletni, leży na łóżku w swoim pokoju. W
pomieszczeniu obok, jego brat głośno słucha jakiegoś modnego ostatnio utworu, od
którego aż skręcało wnętrzności. Z drugiej strony, w kuchni, słychać matkę stawiającą
wodę na herbatę. Ojciec jest jeszcze w pracy, ale kiedy wróci, pewnie jak zwykle nie
zwróci na niego najmniejszej uwagi. Jednak do rodziny, dla której był równie interesujący
jak meble stojące na strychu, zdążył się już przyzwyczaić. Więc to nie oni byli powodem
jego dziwnego samopoczucia.
Jest pewien, że powinien być teraz nie tyle w jakimś konkretnym miejscu, co po
prostu nie tam gdzie się teraz znajdował. Nie potrafi się odnaleźć już od dłuższego czasu
i nie do końca wie, co z tym fantem zrobić. Kręcił się więc często po mieście, lub tak jak
teraz leżał na łóżku i śledził drobinki kurzu unoszące się w powietrzu. Dzięki
strumieniowi światła padającemu z lampy tworzyły przyciągającą wzrok ścieżkę. Myśli
o wyścigu szczurów, o bezlitosnej rywalizacji niszczącej klasowe przyjaźnie, dominacji
kariery nad marzeniami... Jasne – dzisiaj każdy na pytanie „być czy mieć” bez wahania
odpowie być. Oczywiście. Przecież inaczej nie wypada, to nie jest „trendy”... tfu. Poza
tym, nikt nie konkretyzuje o co tak naprawdę chodzi w tym pytaniu. Można przecież być
chciwym, albo mieć marzenia, ideały, przyjaciół... Jaka szkoda, że tak wiele osób to drugie
obchodzi trochę mniej. Nie podobał mu się zdychający świat, ludzie którzy byli po prostu
głupi, system który robił z jednostek papkę... Coraz częściej zbliżał się do tego
początkowo czysto hipotetycznego pomysłu, który od niedawna był już tak pewny jak dla
innych myśl „pójdę na studia”. Wciąż odkładał go jednak na dalszy plan, mówiąc sobie, że
musi się jeszcze nad nim poważnie zastanowić. Ale przecież jeszcze nie teraz, jeszcze nie
jest tak źle, jeszcze jest po co. Chociaż...
Sam pomysł samobójstwa przyszedł mu do głowy, gdy szperając wśród rupieci na strychu
przypadkowo natrafił na paczuszkę zawierającą kilka żyletek. Nie wiedział w jaki sposób
tam one zawędrowały i jakoś nie miał ochoty nikogo o to pytać. Od tego czasu trzymał je
zakopane w papierach, w szufladzie biurka.
Dosyć.
Wstaje, zakłada buty i kurtkę z postanowieniem przejścia się gdzieś, gdzie będzie
mógł odpocząć od domowego hałasu, może nawet...
Nie, dziś nie chce o tym myśleć. Jednak po chwili wahania podchodzi do biurka
i wydobywa pudełko.
Nie wiedząc właściwie po co krzyczy, że wychodzi i zatrzaskuje drzwi. Na klatce
schodowej panuje półmrok, ale nie zapala światła. W ciemności zawsze czuł się dobrze
- w towarzystwie czy nie. Ukryty przed wzrokiem sąsiadów, ludzi obcych, znajomych,
dowolnego boga i wszystkich innych istot, które przypadkiem mogliby czegoś od niego
chcieć. Piętro niżej słyszy odgłosy dreptania, płytki oddech i ciche mamrotanie.
Perspektywa rozmowy nie jest mu na rękę, jednak powoli zaczyna schodzić na dół.
Na wysokości półpiętra słyszy za sobą skrzypnięcie podłogi. Zanim zdążył się odwrócić
z tyłu głowy czuje tępy ból, a przed oczami eksplodują mu barwne plamy. Po chwili
rozbłyski przygasają, a bezwładne ciało stacza się po schodach.

(Na pierwszym piętrze stała starsza pani - chyba babcia tego dresika. Przeszedł obok niej bez
słowa, skinął tylko głową, by nie wplątać się w jakąś bezsensowną rozmowę ani nie wyjść znów na
nieuprzejmego buca. Jakoś mu na tym zależało. Kobieta wyglądała, jakby chciała mu coś
powiedzieć, więc tym szybciej zbiegł na parter, włożył w uszy słuchawki i wybiegł na ulicę.)

Bezdomny znajdował się na krawędzi snu. Stękając, przekręcił się na drugi bok.

*II*
Około siedemdziesięcioletnia kobieta drepcze po kuchni. Przygotowuje
urodzinowe ciasto dla wnuczka, którego wychowuje samotnie po śmierci jego rodziców.
Rok temu powiedziała im, żeby nie szli w góry. Nie posłuchali i zostawili jej po sobie tylko
to jedenastoletnie dziecko. Staruszka cicho wzdycha. Jednak nie ma teraz czasu na smutne
refleksje - chłopiec właśnie wyszedł gdzieś z kolegami, a chciała zdążyć zanim wróci.
Może dzięki tej niespodziance choć odrobinę zbliży się do tego tak kiedyś wesołego
dziecka. Wie, że chłopak akceptuje ją jako zło konieczne. Wcale nie jest tym specjalnie
zdziwiona. Nigdy nie była zbyt miłą, czy towarzyską kobietą i śmierć najpierw męża
a niedługo później córki wraz z zięciem wcale tego nie zmieniła. Nic więc dziwnego, że
początki ich wspólnego życia były dla obojga trudne i niezbyt ciepłe. Mimo to z biegiem
czasu przyzwyczaiła się do niego i nawet w pewnym stopniu polubiła... Często sprawiał
jej ból - to jasne. Przypominał swoją matkę - nie tylko rysami twarzy czy układem
i kolorem włosów, lecz przede wszystkim drobnymi gestami, zwrotami
i przyzwyczajeniami, które mniej lub bardziej świadomie sobie od niej przyswoił. Ale
mimo tego, dobrze było znowu mieszkać z kimś. Po śmierci męża żyła w tym mieszkaniu
sama i brakowało jej w nim towarzystwa, które wniosło ze sobą pojawienie się wnuka.
Kobieta wstawia ciasto do piekarnika, prostuje się i przeciąga wzrokiem po kuchni.
No tak, cholerna skleroza. Za jakieś pół godziny zamkną sklepy, a ona nie ma nic do
przyozdobienia wierzchu ciasta. Szybko wkłada płaszcz i buty, znajduje portmonetkę
i wychodzi na klatkę. To, że dobrym pomysłem byłoby wzięcie kluczy, przychodzi jej do
głowy dopiero gdy zatrzaskuje drzwi mieszkania. W myślach słyszy głos zmarłego męża,
mówiącego jej, że ludzie lubią stawiać przed sobą bariery, by później móc je pokonywać,
jednak ona jest na to zdecydowanie za stara…
Chce jej się wyć. Cały pomysł z ciastem diabli wzięli. Oczami wyobraźni widzi
płonące w piekarniku ciasto. Nagle słyszy nad sobą trzaśnięcie drzwi i kroki kogoś powoli
schodzącego na dół. Po chwili jednak odgłos kroków zamienia się w łoskot spadającego
ciała. W mroku panującym na klatce widzi nieruchomy kształt leżący na podłodze u stóp
schodów. Gdy nieco przestraszona zapala światło, jej oczom ukazuje się chłopak
mieszkający piętro wyżej leżący w szybko przybierającej kałuży krwi i nieznany
mężczyzna z siekierą w dłoni, schodzący spokojnie po okrwawionych schodach. Pod
staruszką uginają się nogi. Kobieta upadła na kolana, a jej z roztrzęsionych dłoni wypada
portmonetka. Jej serce tłucze się w szaleńczym rytmie, który czuje w całym ciele. Chce
krzyknąć, ale nie może złapać oddechu. Tętno pulsuje w jej głowie. Spogląda mężczyźnie
w oczy, w których odbija się spokój i delikatne zaciekawienie, jak u dziecka badającego
nową zabawkę. Powoli osuwa się bez przytomności na okrwawioną wykładzinę.
Mężczyzna podchodzi do nieruchomej staruszki, pochyla się nad nią i sprawdza puls.
Po chwili na klatce znów zapanowała ciemność.

(Zobaczyła postać zbiegającą po schodach, którą w mroku rozpoznała jako jednego
z chłopców mieszkających nad nią. Chciała poprosić go o pomoc, choć nie wiedziała co właściwie
miałby zrobić - wyważyć drzwi? Jednak chciała coś do niego powiedzieć – może akurat coś wymyśli,
co dwie głowy to nie jedna i tak dalej... nie zdążyła nawet wydać z siebie głosu, gdy on, skinąwszy
głową przeszedł obok i z widocznym pośpiechem ruszył dalej. Nie, pędź tak młody - życie
przegonisz – pomyślała...
Pozostawało jej udać się do przyjaciółki, której powierzyła zapasowe klucze do mieszkania
- tak na wszelki wypadek. Dorabiała ona do skromnej renty w sklepiku mieszczącym się wprawdzie
dosyć daleko, ale kobieta wiedziała, że nie ma wyjścia. Zapaliła światło, by widzieć schody, ostrożnie
zeszła na parter i wyszła z budynku.)

Jakieś piętnaście minut później, trójka młodych chłopaków wchodzi do
niewielkiego sklepu spożywczego. Kręcą się po nim przeglądając towary, ale to nie one
ich interesują. Nie są już tak nerwowi jak za pierwszym razem. Dosyć spokojnie czekają na
chwilę, gdy przeleje się kolejna fala kupujących. Gdy to się stało, jeden z nich blokuje
drzwi a dwaj pozostali podchodzą do lady. Starszy chłopak wyciąga niewielki pistolet
(tata by mnie zabił gdyby się dowiedział) i celuje w kobietę za ladą (dokładnie tak jak
w filmie). W tym czasie najmłodszy z całej trójki, może dwunastoletni dzieciak, wskazuje
na kasę i podaje sprzedawczyni foliową reklamówkę. Wszystko trwa krótką chwile
i odbywa się bez jednego słowa.

Starsza pani widzi już sklep przyjaciółki. Ma jeszcze całe dziesięć minut. Stwierdza
więc, że wciąż ma jeszcze całkiem niezłą kondycję.
– Może jednak udałoby się mi samej sforsować te drzwi – myśli, uśmiechając się lekko.
Drzwi sklepu otwierają się szeroko. Widzi w nich dwóch nieznanych chłopców koło
siedemnastki. Jeden chowa właśnie broń. Towarzyszącego im dwunastolatka, znała.

Jakieś odgłosy od pewnego czasu pozostające na granicy świadomości sprawiły, że
bezdomny ocknął się ze snu. Ktoś musiał zapalić światło, i teraz raziło go ono po oczach.
Owinął się ciaśniej płaszczem i odwrócił twarz do ściany.
- Matko przenajświętsza, jak zimno – pomyślał.

*III*
Młoda niekompletnie ubrana dziewczyna, nerwowo krząta się po pokoju. Nie
chodzi o to, że jakoś specjalnie się spieszy – po prostu sama nie wierzy w to, że w końcu
się zdecydowała. Przeszukuje szafę zastanawiając się, co włożyć na tę okazję - w końcu to
jak z osiemnastką - ma się ją tylko raz. Starym powiedziała, że idzie do koleżanki, a oni
uwierzyli. Dziwne, że nie zwrócili uwagi na to, że nawet przed sylwestrem nie pindrzyła
się tak przy lustrze jak przed dzisiejszym wyjściem. Poza tym, to kto to widział, żeby tak
się perfumować idąc do koleżanki? No ale końcu jest już taką duuużą dziewczynką... Tak,
wczoraj się dowiedziała. Całe szczęście, że nie pytają już o numer, pod którym będą mogli
ją złapać - dobrodziejstwa komórki, która jednak zawsze może się rozładować. Dziękujmy
Bogu za drobne łaski... Gdzie ja podziałam te cholerne kabaretki? Burdel na łóżku... na
dywanie... w całym pokoju... Chryste – łazienka. Jak starzy to zobaczą, szlag ich trafi...
Może tu nie wejdą, ale do łazienki już na pewno tak. Ach...
Szybko jednak przestaje zawracać sobie głowę sytuacją kryzysową w zalanej
łazience, ponieważ wciąż wracają do niej wyobrażenia zdumienia w zamyślonych,
pięknych oczach tego kochanego matematyka, kiedy zobaczy ją na progu swojego
mieszkania. Zdumienie, które oczywiście zmieni się w zrozumienie, kiedy powie mu, że
już ma szesnastkę, już nie jest nieletnia i teraz spokojnie może oddać mu to co tylko
zechce...

Dwie ulice dalej mocno opalona blondynka w futrzanym płaszczu naciska guzik
domofonu i czeka na odpowiedź. Drzwi otwierają się bez żadnych pytań. Kobieta wspina
się po schodach i puka do drzwi mieszkania trzydziestoletniego nauczyciela. Przychodziła
tu już parokrotnie. Drzwi otwierają się powoli i na korytarz wylało się ciepłe, światło
z wnętrza mieszkania. Przechodzi przez próg. Dla kobiety z agencji towarzyskiej
zapowiada się kolejny pracowity wieczór.

Jest gotowa do wyjścia. Czuje w żołądku bryłę lodu, ale nie przez strach, raczej
z... niecierpliwości? Cicho, żeby nie musieć rozmawiać już ze starymi gasi światło
w przedpokoju i wychodzi z mieszkania na ciemny korytarz. Delikatnie zamyka drzwi
i robi krok poza wycieraczkę.
Poślizguje się i całym ciałem uderza w mokrą, lepką wykładzinę.
Z niedowierzaniem spogląda na swoje dłonie na których nawet w panującym mroku
wyraźnie widać ciemne plamy w miejscach gdzie zetknęły się one z podłogą. No i tak padł
mój wielki plan- myśli. Chociaż może jeszcze nie wszystko stracone, może jeszcze zdąży
się przebrać i umyć z tego świństwa... co to właściwie jest? teraz dopiero czuje dziwny
nieco odurzający zapach panujący na klatce schodowej. Jej wzrok nieco przyzwyczaja się
do ciemności i widzi kształt czegoś dużego leżącego pod ścianą. Nie zdążyła bliżej się mu
przyjrzeć ponieważ jej uwagę odwraca postać schodząca z półpiętra. Dziewczyna sięga do
włącznika światła. Jednak pomimo tego, że pstryka nim raz po raz, na klatce uparcie
panuje ciemność. Wyciąga już klucze, by uciec z powrotem do mieszkania, gdy jakiś ciężki
przedmiot rzucony przez nieznajomego uderza w jej kolano.
Siła uderzenia i rozdzierający ból miażdżonego stawu ponownie powalają ją na
wykładzinę. Łkając wije się przed mężczyzną, który spokojnie podnosi z ziemi broń
i uśmiecha się do niej. Bez wahania zamierzył się do ciosu, który kończy jej wieczór.
- Wykręcenie żarówek było zdecydowanie dobrym pomysłem - myśli mężczyzna. - Tylko
jeszcze otworzę okno.
Po chwili zimne powietrze wdziera się do budynku, porywając przytłaczający zapach.
Staruszek leżący przy strychu kaszle przez sen. Mężczyzna układający pod ścianą
kolejne ciało słyszy dobiegający od strony strychu kaszel i zamiera w bezruchu. No tak,
tam jeszcze nie wchodził. Kieruje się już w stronę schodów by naprawić swoje
niedopatrzenie, kiedy słyszy stuknięcie drzwi na dole. Staje więc w kącie i czeka.

(Zatrzymała się na chwilę. - Naprawdę to robię! Idę... o rany. Wybiegła z budynku
i skierowała się do domu matematyka. Było chłodniej niż zakładała, więc dla rozgrzewki podbiegła
kilka kroków, ale po chwili zwolniła. Zaczęły ogarniać ją wątpliwości. Kochała go, to jasne, i tu nie
ma o czym... Widziała też jego wzrok, wodzący za nią kiedy szła po korytarzu szkoły - na pewno
chciał... Przyspieszyła, ale starała się za dużo nie myśleć. Przecież on i tak nie może nic nikomu
powiedzieć... Po krótkim spacerze dotarła do domu w którym mieszkał i stanęła pod bramą. Po
chwili wahania przygryzła wargi, nacisnęła przycisk domofonu i zamknęła oczy.

W mieszkaniu wypełnionym miękkim blaskiem świec rozbrzmiał dźwięk domofonu. Po
chwili kolejny, później trzeci. W głowach pary na dywanie pojawiła się jedna myśl
- Zajęte do cholery...

Zniechęcona dziewczyna stała marznąc przed budynkiem. Nie wiedziała nawet które okna
są jego... Odwróciła się i popychana wiatrem pobiegła do domu. Kiedy wchodziła do kamienicy,
przez otwarte drzwi wdarł się ostatni zimny podmuch, który pchnął ją na schody.

*IV*
Po kolejnym ciężkim dniu do domu wraca ojciec. Rano nawalił samochód, przez co
spóźnił się znów do pracy, przez co znów pogryzł się ze swoim szefem. Zapewne
skutecznie odsunęło to premię.
I dlaczego tu jest tak ciemno? Podchodzi do kontaktu, który oczywiście nie działa.
Mężczyzna nie mając już siły na nerwy daje mu spokój i powraca do schodów. Nie chce
już dziś w ogóle myśleć. Jeśli syn znów powie mu, że ma rodzinę patologiczną, dostanie
w dziób.
Jest już prawie u szczytu schodów prowadzących na pierwsze piętro, kiedy natrafia
stopą na jakąś pozostałość po rozbitej głowie swojej sąsiadki, traci równowagę i leci w tył.
Kiedy hałas jego upadku cichnie i z dołu schodów nie dobiega przez dłuższą chwilę żaden
dźwięk, mężczyzna z siekierą wychodzi z kąta. Jego serce ściska smutek.
- Jaka szkoda, pomyśli - że to nie ja go zabiłem. Wzdycha. Czyści siekierę i chowa ją pod
płaszcz. Trzeba już wracać- na dworze jest ciemno i nikt nie powinien zauważyć plam
krwi na ubraniu.
Ostrożnie zbiega po zakrwawionych schodach i otwiera drzwi wyjściowe. Dziwi go
bliski huk wystrzałów i krzyki ludzi- to już przecież dużo po sylwestrze... Przekracza
próg, kiedy przed nim przechodzi młody chłopak z pistoletem w dłoni. Zwalnia kroku,
celuje, i naciska spust.
Kula trafia wychodzącego między oczy i posyła go już martwego, do tyłu. Chłopak
idzie dalej strzelając do uciekających nielicznych przechodniów.
- Mam. Was. Dosyć - myśli oddając kolejne strzały.

(Wchodząc na schody pomyślał o córce sąsiadów, która przebiegła obok niego na ulicy
ubrana zdecydowanie za lekko jak na porę roku. - Trzeba porozmawiać z jej rodzicami - pomyślał
-Nie zwracają na nią w ogóle uwagi. Przyszło mu do głowy, że on też nie jest krystalicznie czysty
w sprawach kontaktów z bliskimi. Stanął pod drzwiami, ważąc w dłoni pęk kluczy. Muszę pogadać
z tym chłopakiem. Odcina się od rodziny, a ja na to pozwalam... nie mam dla niego czasu. kiedy
ostatnio poszedłem z nim zagrać w nogę? Albo gdziekolwiek... Przekręcił klucz w zamku i wszedł
do mieszkania.)

*V*
(Przemarznięty chłopak wracał do domu. Nie chciał tak po prostu zamknąć oczu i ciąć. I nie
wydawało mu się, żeby właśnie dziś był to najlepszy pomysł. Musiało być przecież inne wyjście,
inna droga... Posiedział chwilę na jakiejś ławce na skwerku, i uspokoił się trochę.
Teraz szedł z oczyma utkwionymi w chodniku, do momentu, kiedy jakaś przebiegająca
kobieta mocno go potrąciła. Wtedy dopiero zauważył, że coś jest nie tak - po chwili dostrzegł też
przyczynę zamieszania - jedyną osobę która nie biegła – chłopaka, którego kojarzył ze szkoły, rok
starszego, z którym jednak nigdy nie rozmawiał. On chyba też go poznał. Wyciągnął w jego stronę
rękę. Trzymał w niej pistolet. Nacisnął spust, błysnęło, światła zgasły.)

W pewnym momencie ekipa policjantów zabezpieczająca kamienicę, trafia na
bezdomnego staruszka, który wieczorem położył się spać przy strychu. Jeden
z funkcjonariuszy podchodzi do niego. Kolejny martwy - stwierdza. Ale ten tutaj - dodaje
policjant – dla odmiany zamarzł.

(Wczesnym rankiem bezdomny staruszek zszedł po schodach uśpionej kamienicy.
Otworzył drzwi, i jego oczom ukazała się zasypana piaskiem plama krwi na progu budynku.
Latarnie zgasły, świt oświetlił miasto.)


Dziewczynie spotkanej przypadkiem.

VII 2005
Katowice.
Creative Commons License
Some rights reserved. This work is licensed under a
Creative Commons Attribution-Noncommercial-No Derivative Works 3.0 License.
:iconmrakodrap:

Author's Comments

ciekawe, ile osób dotrwa do końca ;] (hm, ciężko filozoficzne pytanie, jeśli się upierać;p )
tekst zasadniczo dedykowany (i tu można dywagować na temat docierania do końca, ale zasadniczo.. no po co).

Comments


love 0 0 joy 0 0 wow 0 0 mad 0 0 sad 0 0 fear 0 0 neutral 0 0
:iconmadziarrra:
Ja tam najbardziej na koniec czekałam...

W sensie, że byłam go ciekawa, a nie, że było nudne ;P
:iconbleumarine:
czy ja mam problem, czy jest pozno w nocy lub wczesnie rano, nie wiem o co chodzi, na pewno nie o to, ze az TAAAAK genialnie piszesz, ale czemu ciagle mialam w glowie zbrodnie i kare? czy przeoczylam cos co w najoczywistszy sposob pokazuje, ze tak, to bylo nawiazanie?

--
Ofelia lost her sanity
:iconmrakodrap:
nie pokazuje, ale tak - siekierę jako najlepszy pomysł na narzędzie zbrodni ukradłem właśnie z tej historii.
gratuluję domęczenia tego tekstu do końca ;]

--
Wszelkie kreatywne osoby zapraszam tutaj ;]

Details

May 23, 2008
26.9 KB

Statistics

3
2 [who?]
160 (3 today)
0 (0 today)

Site Map